Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na słodko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na słodko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 sierpnia 2011

Rabarbarowa tarta- Akcja Rabarbar



"Ze wzgórza roztaczał się bajeczny widok na położone niżej miasteczko i sąsiednie wzniesienia. Wybiegający z kamiennego domu chłopczyk jednak nie zwracał uwagi na otoczenie dalsze, niż ogródek z nierównymi grządkami, zarośniętymi mnóstwem trudnych i łatwych do zidentyfikowania roślin. Chłopczyk biegł szybko, bez zastanowienia kierując się w stronę niewysokich krzaczków, które wachlarzowato rozczapierzonymi na końcach łodygami starały się strzelać w niebo.




Chłopczyk w ręku trzymał malutki nożyk, którym ucinał czerwono zabarwione łodygi rabarbaru, aż przestały mu się mieścić w dłoni. Rzucając nożyk w trawę mocno ścisnął ucięty rabarbar obiema rękami i pędem wrócił do domu.




Od śniadania zastanawiał się, co też takiego przygotuje babcia na deser. Może lody? Chciałby lody, takie owocowe, jak tydzień temu, cytrynowe najbardziej mu smakowały. Zresztą, po zastanowieniu, smakowały mu wszystkie. Rzucił rabarbar na olbrzymi, drewniany stół w kuchni i pytająco spojrzał na babcię.




- Dzisiaj, wnusiu, na deser upieczemy tartę z rabarbarem- powiedziała babcia.
Tarta z rabarbarem!- krzyknął w myślach chłopczyk i szeroko się uśmiechnął. Lubił babcine tarty, a rabarbar tego roku wyrósł niebywale bujnie. Będzie kwaśno!- przemknęło chłopczykowi przez głowę i już pobiegł do chłodnej spiżarki po formę do tarty."

 


***

Rabarbarowa tarta


ciasto:
120 g zimnego masła
3 łyżki cukru pudru
2 żółtka
200 g mąki pszennej pełnoziarnistej
szczypta soli


nadzienie:
10 łodyg rabarbaru, obranych i pokrojonych w małe kawałki
2 ubite białka (te od dwóch żółtek powyżej)

460 g (puszka) mleka zagęszczonego słodzonego
1 łyżka mąki pszennej tortowej
1 łyżeczka pasty waniliowej
1 jajko



Zimne masło miksujemy na puszystą masę, po czym dodajemy do niej pozostałe składniki na ciasto i zagniatamy gładkie ciasto. Wylepiamy nim formę do tarty, w spodzie robimy dziurki widelcem. Wierzch ciasta wykładamy papierem do pieczenia i obciążamy ryżem, fasolą lub grochem- tym, czym będziemy mieli pod ręką. Pieczemy spód tarty w 180 stopniach celsjusza przez 15 minut.
Podczas podpiekania przygotowujemy nadzienie: miksujemy zagęszczone mleko, mąkę, pastę waniliową i jajo na jednolitą masę. 
Wyjmujemy podpieczony spód z piekarnika, usuwamy papier z obciążeniem i wylewamy mleczną masę na ciasto, na wierzch wykładamy ubite białka a na nie pokrojony rabarbar. Całość zapiekamy w 180 stopniach celsjusza przez 35-45 minut, aż masa się lekko zetnie. 


wtorek, 9 sierpnia 2011

Truskawkowa tarta



"Sierpniowy poranek. Szykuje się kolejny, leniwy dzień. W niewielkim miasteczku, z brukowanymi uliczkami wokół pamiętającego średniowiecze rynku, podnoszą się rolety małych sklepików. 




Przed jedyną kawiarnią kelner, owinięty białym fartuchem, rozkłada stoliki i krzesełka. Na stolikach pojawiają się serwetki, robione na szydełku, każda z innym wzorem a na nich małe, pękate flakoniki, z jedną margaretką. 




Otwarte drzwi kawiarni zapraszają do ciemnego wnętrza, z którego wydobywa się powoli zapach świeżo parzonej kawy. Przy barze, za szkłem pysznią się słodkości. Wśród nich okrągły placek, z czerwonymi owocami rozrzuconymi po powierzchni. Kusi czerwienią i kruchością ciasta. 




Dzwon na wieży wybija kwadrans po siódmej. A może po ósmej? Co za różnica, każda godzina jest dobra, żeby przysiąść przy stoliku i wypić kawę. 
Jak co rano od wielu tygodni, do stolika przy kawiarnianej witrynie przysiadła dziewczyna. 
Dzisiaj w czerwonej sukience i z pustym koszykiem- zauważył kelner. Pewnie pójdzie na targ. Ciekawe, komu ona tak gotuje?- pomyślał."


***


Truskawkowa tarta


ciasto:
120 g zimnego masła, pokrojonego w kawałki
3 łyżki cukru pudru
2 żółtka
200 g mąki
szczypta soli


nadzienie:
500 g truskawek, pokrojonych na połówki/ ćwiartki

50 ml śmietanki 18%
1 łyżeczka pasty waniliowej
2 łyżki cukru trzcinowego
1 jajo
1 łyżka mąki 

2 ubite białka, pozostałe po dodaniu żółtek do ciasta



Masło ucieramy mikserem, aż stanie się puszyste, dodajemy cukier puder, żółtka, mąkę, sól i zagniatamy jednolite ciasto. Wylepiamy ciastem formę i dziurkujemy powierzchnię ciasta widelcem. Wykładamy na wierzch papier do pieczenia, obciążamy ryżem (lub grochem, fasolą, ceramicznymi kulkami etc.) i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni celsjusza przez 15 minut. Po tym czasie wyjmujemy z piekarnika podpieczony spód tarty i usuwamy papier z obciążeniem.
Miksujemy śmietankę z pastą waniliową, cukrem trzcinowym, jajem i łyżką mąki, dodajemy ubite na sztywno białka i mieszamy ze zmiksowaną, płynną masą.
Wylewamy przygotowaną śmietankową masę na podpieczony spód tarty i wysypujemy na nią pokrojone truskawki. Pieczemy tartę w piekarniku nagrzanym do 180 stopni celsjusza przez 35-45 minut, aż masa się zetnie.


piątek, 5 sierpnia 2011

Pełnoziarniste bułeczki z brzoskwinią



Tego lata w kuchni jest u nas wyjątkowo owocowo. Aż do bólu brzucha zapychamy się arbuzami i nektarynami, arbuzem z serkiem ricotta też nie wzgardzamy. 

Od jakiegoś czasu krążyłam myślami wokół brzoskwiń i ewentualnego ich przetworzenia, aż w końcu dojrzałam do tematu i nabyliśmy z Lubym kilka kilogramów tych owoców. Z części brzoskwiń urodziły się pełnoziarniste bułeczki, resztę pożarliśmy bezlitośnie i ze smakiem.



Podobno brzoskwinie swoje korzenie mają w Chinach (podobno, ponieważ nie mam w tej chwili dostępu do źródeł, a informacje zamieszczone w internecie nie zawsze są wiarygodne).

Obecne skojarzenia z tematem: "pochodzenie z Chin" nie są jakoś szczególnie pozytywne, chińska marka nie ma u nas (na świecie pewnie też?) najlepszej opinii.  Ale chyba brzoskwinie mogą należeć do tych pozytywnych skojarzeń. Według mnie są jak najbardziej pozytywne ;).



Bułeczki z brzoskwinią świetnie smakują i na ciepło, i po ostygnięciu. Nie są obłędnie słodkie, ale jeśli ktoś lubi słodycz, można dodać do ciasta więcej cukru. Z wierzchu można też bułeczki polukrować, my akurat z Lubym za lukrem nie przepadamy.



Bułeczki piekę ułożone ciasno obok siebie w formie z praktycznego powodu: prościej się taką formę myje, niż wielką blachę z piekarnika. Dodatkową zabawą jest odrywanie ciepłych jeszcze bułeczek tak, żeby sobie palców nie poparzyć.

Ale oczywiście, bułeczki udadzą się również, jeżeli będą pieczone na wielkiej blasze, ułożone w dużych odległościach od siebie.



Idealnie smakują popijane zimnym mlekiem, do porannego spotkania z Eberhardem Mockiem.


***


Pełnoziarniste bułeczki z brzoskwinią



4 dojrzałe brzoskwinie, pokrojone w ćwiartki (każda na pół i połówki znowu na pół ;))
5 łyżeczek cukru
2 łyżki mąki ziemniaczanej


ciasto:
100 ml śmietanki 30% tłuszczu
3/4 pojemnika jogurtu naturalnego bałkańskiego (pojemnik 340 g)
2 jaja
7 g suchych drożdży
100 g cukru
1 łyżeczka pasty waniliowej
250 g mąki pszennej pełnoziarnistej (typ 1850)
250 g mąki pszennej


mąka do podsypywania
oliwa do wysmarowania formy i bułeczek
opcjonalnie: cukier do posypania brzoskwiń z wierzchu






Pokrojone brzoskwinie zasypujemy cukrem, wkładamy do sitka i odstawiamy na min. 30 minut, aż puszczą sok.
Składniki na ciasto umieszczamy w misce i na początku mieszamy drewnianą łyżką, następnie zagniatamy ręką gładkie i miękkie ciasto, podsypując odrobiną mąki, jeśli lepi się do ręki i miski. Odstawiamy ciasto na min. 40 minut (powinno podrosnąć).
Po wyrośnięciu wykładamy ciasto na obsypany mąką blat (stolnicę) i jeszcze chwilę zagniatamy. 
Obsypujemy ćwiartki brzoskwiń mąką ziemniaczaną.
Dzielimy nożem kulkę ciasta na 16 części. 8 kawałków rozwałkowujemy na placki, na każdym układamy omączoną ćwiartkę brzoskwini i zalepiamy brzegi, formując w dłoniach kulki. W pozostałych 8 częściach ciasta robimy wgłębienie, do którego wkładamy pozostałe ćwiartki brzoskwiń, brzegi ciasta zaciskamy wokół brzoskwini. Wszystkie 16 bułeczek oliwimy każdą po kolei dłońmi, maczanymi w miseczce z oliwą i układamy jedna obok drugiej w naoliwionej wcześniej, prostokątnej formie. Możemy posypać wystające z bułeczek brzoskwinie dodatkową porcją cukru.
Bułeczki pieczemy w piekarniku, nagrzanym do 190 stopni celsjusza przez 20-25 minut.

  

wtorek, 10 maja 2011

Babka szafranowa



To nasza pierwsza Wielkanoc, która świętowaliśmy z babką upieczoną w domu. I żeby nie było, właśnie tę babkę upiekła moja Siostra! No dobrze, trochę pomagałam, odmierzając składniki i dodając je do miski, ale Siostra odważnie miksowała! I prawie doczekała końca pieczenia w piekarniku, zanim wróciła do siebie do domu. Żebyście widzieli tę chmurę mąki podczas miksowania. Wszystko dookoła, łącznie z nami, było ładnie "przypudrowane". Największą radochę miałam z obu mam, które objęły strategiczne miejsce na narożniku i udawały, że w ogóle ich nie interesuje, co my tam obie wyprawiamy. Założyły lożę komentatorską, szeptały do siebie i spiskowały sądząc, że wcale nie widzimy, co się święci.

W zamierzchłych, licealnych bodajże czasach, piekłam jakieś ciasta, które w przepisie miały nazwę "babka". Z tego, co pamiętam, babki raczej po upieczeniu nie przypominały, raczej bliżej było tym wypiekom do biszkoptu. Wnioskuję, że nie mam ręki do babek.

Babka szafranowa wyszła mojej Siostrze rewelacyjnie. Idealnie piaskowa, lekko wilgotnawa konsystencja. Wyraźnie wyczuwalny, waniliowo- szafranowy posmak. Jeszcze trzy dni po świętach ostatni kawałek zachował swoją świeżość. Do następnej babki tez będę potrzebowała mojej Siostry.




W oryginalnym przepisie podana jest niższa temperatura pieczenia (165 stopni celsjusza), taką też z początku ustawiłam. Po prawie godzinie pieczenia babka idealnie wyrosła, ale w środku nadal była płynna. Musiałam zwiększyć temperaturę do 180 stopni celsjusza i  moim zdaniem jest to właściwa temperatura dla tego wypieku. Trzeba uważać, żeby góra babki (późniejszy spód) nie przypaliła się od górnej grzałki piekarnika.  Temperatura do przetestowania następnym razem.





***

Pozdrawiam wszystkich, którzy tegoroczną majówkę spędzili w śniegu! Nam ten wyczyn się udał. Bosko.
 


***




Babka szafranowa
(przepis z Kuchni)


230 g masła o temperaturze pokojowej, pokrojonego na kawałki
1 i 1/ 2 szklanki drobnego cukru
4 jaja

1 szklanka pełnego mleka o temperaturze pokojowej
1/ 2 łyżeczki nitek szafranu
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (ja użyłam pasty waniliowej)

2 i 3/ 4 szklanki mąki tortowej
1 i 1/ 2 łyżeczki proszku do pieczenia
3/ 4 łyżeczki soli

forma z kominkiem, wysmarowana masłem i wysypana mąką 






Pokrojone masło ucieramy mikserem, aż będzie puszyste. Dodajemy cukier i miksujemy ok. 5 minut, po czym wbijamy jaja i całość ucieramy aż do rozpuszczenia się cukru. 
Mąkę mieszamy z solą i proszkiem do pieczenia. Szafran i pastę waniliową rozpuszczamy w mleku. Do masy wsypujemy 1/ 3 wymieszanej mąki i wlewamy połowę mleka, ciągle miksując aż do połączenia się składników. Dalej wsypujemy kolejną 1/ 3 wymieszanej mąki i resztę mleka, miksujemy i na koniec dodajemy pozostałą 1/ 3  wymieszanej mąki. Dokładnie miksujemy całą masę.
Płynne ciasto przelewamy do formy i pieczemy babkę przez około 1 godzinę w piekarniku nagrzanym do 165 stopni celsjusza. Po tym czasie sprawdzamy patyczkiem, czy aby babka w środku się upiekła, jeśli nie, dopiekamy wnętrze babki w 180 stopniach celsjusza przez następne 20-25 minut.
Gotową, wystudzoną i odwróconą spodem w dół babkę posypujemy cukrem pudrem.


;)

niedziela, 1 maja 2011

Pascha z pastą waniliową



Po świętach: kilogram do przodu. Czy coś koło tego. Jak zwykle. Po każdych. Nic wielkiego. Przestałam już czynić wysiłki w celu uniknięcia nadmiernego obżerania się. Może jakimś wyjściem jest wyjeżdżanie na święta w jakieś mało rodzinne miejsce? Górskie pustkowie, dzika plaża? Temat do przedyskutowania. 
Właśnie piekę podwójną porcję ciasteczek owsianych na wyjazd. Porcja energii w terenie: niezbędna. Młodszy z Braci niech żałuje, że wymiękł i nie jedzie! Nawet minusowa temperatura w nocy nas nie odstraszy! Moc z nami!

*** 



Podczas przedświątecznych zakupów udało mi się nabyć pastę z ziaren wanilii. Boska! Gęsta, ciemna, z wyraźnymi maciupcimi ziarenkami, słodziutka. Oczywiście, dodałam do paschy, zamiast laski wanilii ;).




To moja pierwsza pascha w życiu- w sumie łatwa do przygotowania. Przeglądałam trzy różne typy przepisów na paschę: z tłustego twarogu, z mleka i twarożku na szybko. Wybrałam ten pierwszy, nie był to jednak przepis z Lawendowego Domu, jak sobie założyłam przed świętami (ze względu na to gotowanie mleka aż do uzyskania serwatki- wydało mi się to taaakie czasochłonne, że postanowiłam wykorzystać gotowy twaróg, a to już inny przepis). 




Moja Siostra dzielnie pomagała mi odmierzać składniki, rozłupywać orzechy, Luby mielił twaróg, pełna współpraca.




Efekt? Mniamuśny sernik na zimno, tak bym podsumowała paschę. Uwielbiam. 



***


Pascha z pastą waniliową



700 g tłustego twarogu (ok. 3/ 4 kg)

100 ml śmietanki 36%
1 łyżeczka pasty waniliowej lub 1 laska wanilii

skórka z 1/ 2 pomarańczy, drobno pokrojona
50 g suszonej żurawiny
100 g rodzynek

40 g płatków migdałowych
50 g orzechów włoskich, pokrojonych/ połamanych w średnie kawałki
50 g pistacji, przekrojonych wzdłuż

6 żółtek
250 g cukru pudru
100 g masła (1/ 2 kostki)

kandyzowana skórka z pomarańczy do dekoracji

dwa duże kawałki gazy z apteki (zwykłe, nie wyjałowione)
duże sitko i garnek/ miska o zbliżonej średnicy



Twaróg miksujemy na gładką masę i odstawiamy na czas dalszych przygotowań.
Śmietankę podgrzewamy z pastą waniliową aż do zagotowania. Dodajemy skórkę z pomarańczy, żurawinę oraz rodzynki i ponownie podgrzewamy. 
Migdały, orzechy włoskie i pistacje krótko prażymy na patelni.
Ubijamy żółtka z cukrem pudrem, następnie dodajemy miękkie masło, miksujemy aż do połączenia wszystkich składników. Łączymy zmiksowaną masę z twarogiem, uprażonymi bakaliami i śmietanką z owocami, mieszamy dokładnie łyżką.
Sitko wykładamy kwadratem z gazy i zawieszamy na garnku. Tak przygotowaną formę wypełniamy masą i zawiązujemy końce gazy gumką. Od góry obciążamy dodatkowo talerzykiem z jakimś ciężarem i umieszczamy w lodówce na minimum 48 godzin.
Po wyjęciu z lodówki wykładamy paschę płaską częścią na naczynie i dekorujemy kandyzowaną skórką pomarańczową.




środa, 20 kwietnia 2011

Cytrynowy kefirowiec i Wielkanoc



Święta tuż tuż, menu wielkanocne właściwie już gotowe, jutro obie rodzicielki przyjeżdżają: będzie głośno się działo. Podczas świąt lubię mieć dom pełen ludzi. Wszyscy się krzątają, w sobotę jednogłośnie wyganiamy moją mamę ze święconką i dekorujemy stół. A potem jemy, podjadamy, zastanawiamy się, dokąd idziemy na spacer, w efekcie nigdzie nie idziemy (przecież pada deszcz). Zawsze w poniedziałek po cichu mam nadzieję, że nikt nie pamięta o laniu się wodą. I tak mijają święta.
 
Ale zanim nastanie świąteczne obżarstwo, czymś obie mamy trzeba ugościć. W dodatku na słodko i szybko, bo wolne i czas na kucharzenie będę miała dopiero od piątku.




Wypróbowałam dzisiaj ekspresowy przepis na ciacho i jako szybki wypiek doskonale się sprawdzi. Co więcej, ze spokojem zostawię recepturę w rękach Lubego, niech i on trochę pokucharzy ;). Przecież nie można zepsuć kefirowca.




Ciasto jest wilgotnawe i mięciutkie, najlepiej smakuje posypane cukrem pudrem. W oryginale zamiast kefiru jest mleko i nie ma cytryny- jest wanilia.






***


Cytrynowy kefirowiec


3 jaja
100 g masła (1/ 2 kostki)
275 g cukru trzcinowego (1 i 1/ 4 szklanki)
1 łyżeczka gruboziarnistej soli morskiej

200 ml kefiru
sok i otarta skórka z 1 cytryny
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/ 2 łyżeczki sody oczyszczonej
225 g mąki pszennej typ 650 (1 i 1/ 4 szklanki)




Jaja miksujemy z cukrem, solą i masłem. Do gładkiej masy dodajemy kefir, sok i skórkę z cytryny, proszek do pieczenia i sodę oraz mąkę. Całość dokładnie miksujemy. Ciasto przekładamy do formy wyłożonej pergaminem i pieczemy w 180 stopniach celsjusza przez 60- 70 minut.



***




Co z wielkanocnymi potrawami? Zostaną przygotowane na święta, w związku z tym nie będę umieszczała ich teraz, ponieważ na Wielkanoc gotuję tylko raz. W ręce wpadła mi kwietniowa Kuchnia, jest w niej kilka przepisów, które mi się spodobały. No i w Lawendowym Domie wyszukałam przepis na paschę, to będzie moja pierwsza pascha w życiu.

Święta są doskonałą okazją do wypróbowania nowych przepisów, niby gotujemy co roku to samo (pasztet, żurek, galareta, sernik), ale jednak za każdym razem inaczej. Przynajmniej ja. Zamiast tradycyjnego sernika pojawi się w tym roku właśnie pascha (obiecuję sobie nie ulec żadnej z mam w tej kwestii). I krupnioki. I risotto.

Znowu trochę mnie przybędzie tu i ówdzie. Do Bożego Narodzenia zrzucę ;).
Rodzinnych świąt życzę!





Risotto wielkanocne
Galareta z tuńczykiem i migdałami
Galareta ogórkowo- koperkowa
Krupnioki w kapuście
Eggnog
Tarta ze słonym karmelem
Pasztet z wątroby nadziewany
Chrzanówka
Keks angielski



piątek, 15 kwietnia 2011

Brownies z białą czekoladą



Przyznaję się, jestem uzależniona od cukru, czekolady i domowych wypieków. Nie wiem, kiedy to się stało, ale stało się i już. Nie tylko ja popadłam w ten nałóg, Luby, o zgrozo! również. Złożyłam obietnicę, że tylko raz w tygodniu pozwolę sobie na upieczenie jakiegoś ciasta czy przygotowanie deseru. No nie wiem, czy dam radę dotrzymać przyrzeczenia. 
Ale święta się nie liczą! I śniadania na słodko!




Moje poprzednie brownies z pomarańczą nie smakowało mi, było zbyt gorzkie i według mnie za bardzo zbite i za suche (być może 30 minut w piekarniku to za długo dla tamtego przepisu? Może warto przetestować krótszy czas pieczenia, powiedzmy 20- 25 minut?).




Początkowo nie miałam zamiaru nigdy więcej wracać do pieczenia brownies, jednak zmieniłam zdanie. Sama koncepcja tego ciasta bardzo mi się podoba, po prostu poprzedni przepis w jakiejś części (przecież wiem, w jakiej, za długi czas pieczenia!) nie był dopracowany. Uzbrojona w dodatkową wiedzę o brownies (ma być wilgotne w środku, a nie dopieczone) nabyłam produkty i zabrałam się do kucharzenia. 

Inspiracją był przepis znaleziony na blogu Joy. Co ci Amerykanie mają takiego w głowach, że namiętnie barwią i kolorują wypieki, które potem wyglądają jak plastikowe (ble)? Rozumiem sens stwierdzenia, że jemy oczami, ale żeby plastik? 

Muszę powiedzieć, że przygotowanie przepisu, który w oryginale zamiast gramów i mililitrów starszy "cup'ami", nie jest zadaniem bajecznie prostym. Nic to, podwinęłam rękawy, uruchomiłam wyobraźnię i oto jest ludzki przepis.   




Efekt mnie zaskoczył. Odtąd brownies jest moim ulubionym ciastem. I jak tu się nie uzależnić od czekolady?!  
Po prostu ten wypiek spełnił wszystkie moje oczekiwania wobec brownies jako ciasta. Odpowiednio słodkie, odpowiednio czekoladowe, odpowiednio wilgotne, nic tylko się nim zajadać. Dzięki grubej soli morskiej brownies miejscami jest lekko słonawe, co daje miły kontrast całej słodkości ciasta.

Jak to się dzieje, że po domowych słodkościach już drugiego dnia pozostaje tylko wspomnienie?




***


Brownies z białą czekoladą


masa czekoladowa:
70 g kakao (1/ 2 szklanki)
150 g masła (3/ 4 kostki)
12 łyżek zaparzonej, bardzo mocnej kawy (płynu, nie fusów ;))
100 g połamanej gorzkiej czekolady min. 60 % kakao (1 tabliczka)


masa jajeczna:
2 jaja
1 szklanka cukru trzcinowego
1 łyżeczka soli morskiej

230 g mąki pszennej pełnoziarnistej (1 i 1/ 3 szklanki)
1/ 2 łyżeczki proszku do pieczenia

200 g pokrojonej w kawałeczki białej czekolady (1 tabliczka 200 g lub dwie tabliczki 100 g)





Składniki na masę czekoladową łączymy ze sobą w kąpieli wodnej (tzn. umieszczamy w rondelku a rondelek zanurzamy w większym garnku, wypełnionym wodą i tak przygotowaną konstrukcję stawiamy na płycie/ ogniu). Podgrzewamy i mieszamy aż do rozpuszczenia się masła i czekolady i powstania jednolitej, prawie czarnej masy.
Jaja miksujemy z cukrem i solą, następnie dodajemy lekko schłodzoną masę czekoladową i miksujemy całość. Dosypujemy mąkę z proszkiem do pieczenia i ponownie miksujemy. Na koniec wsypujemy pokruszoną białą czekoladę i mieszamy łyżką. Gotową masę przekładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni celsjusza na 30 minut.



czwartek, 14 kwietnia 2011

Śniadaniowe bułeczki z niczego



Kilka dni temu wstałam rano, a tu w lodówce pusto- tylko rosół, makaron do niego, resztka masła- dobrze, że mleko do kawy było. Zakupy dopiero miały się robić po południu rękami Lubego, a tu by się coś przydało przekąsić. Od poprzedniego dnia miałam smak na domowe bułeczki, tylko czasu nie było ani na zakupy, ani na wypieki. Wyszukałam więc prosty przepis na bułeczki (oryginał tutaj), zagniotłam ciasto i gotowe.

Przepis oryginalny troszkę zmodyfikowałam: skróciłam czas wyrastania ciasta i ułożyłam bułeczki w formie do ciasta jedna przy drugiej, tak żeby po upieczeniu można było każdą z osobna odrywać od całości.




Po dodaniu do ciasta większej ilości cukru i na przykład cynamonu otrzymamy idealne słodkie bułeczki do porannej kawy.  


***


Śniadaniowe bułeczki z niczego


zaczyn:
260 g białej mąki pszennej (u mnie tortowa) (1 i 1/ 2 szklanki)
500 g letniej wody (2 szklanki)
15 g suchych drożdży (2 i 3/ 4 łyżeczki)
2 łyżki cukru białego
2 łyżki cukru trzcinowego 

ciasto właściwe:
cały zaczyn
520 g białej mąki pszennej (np. tortowej) (3 szklanki)
2- 3 łyżki wiórek kokosowych


mąka pszenna do podsypania ciasta
oliwa z oliwek do wysmarowania formy i bułeczek






Składniki na zaczyn mieszamy w misce i odkładamy na 15 minut w ciepłe miejsce. Po zadanym czasie dosypujemy pozostałą część mąki oraz wiórki kokosowe do zaczynu i zagniatamy ciasto w misce przez 20- 25 minut. Początkowo będzie przylepiać się do wszystkiego, w miarę wyrabiania prawie przestanie się lepić. Pod koniec zagniatania podsypujemy ciasto odrobiną mąki, obtaczamy je w niej i odstawiamy w misce do wyrośnięcia na 1 godzinę. Po tym czasie dzielimy ciasto na około 16 części (jeśli się uda), z każdej formujemy kulkę naoliwionymi dłońmi i układamy jedna obok drugiej w rzędach w formie do pieczenia ciasta (wcześniej wysmarowanej oliwą). Dzięki oliwie na powierzchni ciasta bułeczki nie "zlepią" się całkowicie ze sobą. Formę z ciasno ułożonymi obok siebie bułeczkami wkładamy do piekarnika nagrzanego do 220 stopni celsjusza i pieczemy przez 25- 30 minut.   


piątek, 1 kwietnia 2011

Żurawinowe crunchy



W końcu znalazłam chwilę wolnego czasu dla siebie, więc mogę popracować nad blogiem. Przepis w oryginale zwie się "krajanka", jednak do mnie bardziej przemawia nazwa "crunchy". Albo batonik muesli. Jedno wielkie zamieszanie z tymi nazwami.

W każdym bądź razie, żurawinowe crunchy po całkowitym wystygnięciu w środku jest miękkawe, z zewnątrz jakby lepkie. I takie pozostaje przez 3 dni (po tym czasie po prostu zostało pożarte, więc nie wiem, jak długo może pozostać w stanie świeżym).




Oczywiście, dodatki można zmieniać według upodobań smakowych (ja na przykład mak zamieniłam na sezam).



***



Żurawinowe crunchy


100 g masła (czyli 1/ 2 kostki)
6 łyżek miodu
150 g cukru trzcinowego (czyli 3/ 4 szklanki)

1 łyżka sezamu
1/ 2 szklanki drobno pokrojonych orzechów włoskich
100 g wiórek kokosowych (czyli  około 1 szklanki)
200 g płatków owsianych błyskawicznych (czyli 2 i 1/ 4 szklanki)
80 g mąki pszennej pełnoziarnistej (czyli 1/ 2 szklanki)
1/ 2 łyżeczki soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
100 g suszonej żurawiny (cała paczka)



Masło roztapiamy w garnku razem z miodem i cukrem. Suche składniki mieszamy w misce, po czym dodajemy do ciepłej, słodko- maślanej masy. Mieszamy dokładnie i szybko, nie pozwalamy naszej masie zastygnąć.
Prostokątną formę do ciasta (jak najmniejszą) wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy do niej masę (jeśli nie uda się jej równomiernie rozprowadzić, to nie szkodzi, podczas zapiekania i tak się "przemieści"). 
Pieczemy przez 20 minut w 180 stopniach celsjusza. Po wyjęciu formy z piekarnika czekamy około 15 minut, aż masa lekko się schłodzi, następnie kroimy nasze crunchy na prostokątne kawałki. Jeśli schładzanie będzie trwało zbyt długo, możemy mieć problem z pokrojeniem na części.  




piątek, 25 marca 2011

Bułeczki z sezamem

 

Czasami mamy ochotę na jakieś pieczywo. Kiedyś bywało tak, że rano, niechętnie (bo przecież rano), wyskakiwaliśmy do sklepu po bułki. Odkąd pokochałam suche drożdże (przechowuję je, za radą jednej z blogowiczek, zamknięte w słoiczku w lodówce), nie musimy rano zwlekać się z łóżka z wizją wizyty w sklepie. Zazwyczaj mamy w domu wszystkie składniki, niezbędne do drożdżowych wypieków. Wyrabiam ciasto, pijemy kawę, potem drugą, bułeczki się pieką i mamy gotowe późne śniadanie z piekarnika.    




W oryginalnym przepisie zamiast sezamu jest biały mak. Osobiście mak (jakikolwiek) znoszę jedynie w nadzieniu rogali marcińskich, stąd zamiana na sezam. Po dodaniu większej ilości cukru otrzymamy idealne, słodkie bułeczki. 
To naprawdę nie jest trudne. 


***


Bułeczki z sezamem

3/ 4 szklanki mleka
1 łyżka cukru
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka suchych drożdży

50 ml oliwy z oliwek
1 jajko
2 łyżeczki sezamu

2 i 1/ 2 szklanki mąki pszennej 

1 jajko, rozbełtane z łyżką mleka, do posmarowania bułeczek
sezam do posypania


Mleko rozrabiamy łyżką z cukrem, solą i suchymi drożdżami, dolewamy oliwę, dosypujemy sezam i wbijamy jajo. Mieszamy miksturę dokładnie i zostawiamy na jakieś 10 minut. 
Następnie dosypujemy mąkę i zagniatamy gładkie, elastyczne ciasto (początkowo będzie się lepiło do dłoni, w trakcie wyrabiania przestanie). Ciasto odstawiamy w misce wysmarowanej oliwą i przykrytej ściereczką na około 45 minut.   
Po wyrośnięciu dzielimy ciasto na 8 części i formujemy w dłoniach kulki. Bułeczki układamy na kratce wyłożonej papierem do pieczenia i wkładamy do zimnego piekarnika na 20- 30 minut do ponownego wyrośnięcia. Po tym czasie smarujemy wierzch bułeczek rozbełtanym jajem, posypujemy sezamem i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni celsjusza przez 15 minut. 


niedziela, 20 marca 2011

Bananowy keks


Tak sobie ostatnio pomyślałam, że dobrze by było poznać w końcu Chłopaka mojej Siostry. Opowiadała o Nim trochę, ale jakoś nie było okazji do spotkania (a mieszkamy w tym samym mieście!). Zebrałam się, zadzwoniłam i umówiłam naszą czwórkę na wieczór. Postanowiłam oswoić Chłopaka mojej Siostry jedzeniem. Doskonała okazja do wypróbowania przepisu na keks, pomyślałam sobie. I żurawinowe crunchy, i francuską zupę cebulową. Jak pomyślałam, tak uczyniłam. Przepisy na dwa ostatnie umieszczę w kolejnych postach.

Słysząc nazwę "keks", wyobrażam sobie ciasto wyciągnięte z podłużnej formy, z widocznymi po przekrojeniu kolorowymi kawałkami czegoś. Przepisów na keksy są miliony, ja zaadaptowałam jeden z ulubionego bloga, dodając banany zamiast dyni. Banany już od dawna przypominały o sobie i w końcu znalazły się w keksie. Przygotowanie ciasta jest banalnie proste, miksujemy, mieszamy i pieczemy. Najcięższy był dla mnie długi czas stygnięcia, dobrze, że miałam dodatkowe zajęcia, bez nich ślęczałabym nad keksem, czekając na pierwszy odkrojony kawałek. 



Ciasto jest ciężkie i bardzo wilgotne, a w każdym jego kęsie czuć bananowy posmak. Godzina pieczenia to nie przesada, po 50ciu minutach patyczek wrażony w keks po wyjęciu z niego był jeszcze oblepiony ciastem.

P.s. Mam wagę z wiatrakami! Dzięki, Siostra!  




***


Bananowy keks


100 g masła, pokrojonego w kawałki
1 łyżka miodu
100 g cukru
1 jajko

4 dojrzałe banany, pokrojone w kawałki 

180 g maki pszennej pełnoziarnistej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/ 2 łyżeczki sody
100 g białej czekolady, pokrojonej w kawałki (1 tabliczka)

masło i kasza manna do natłuszczenia i wysypania małej keksówki 



Masło ucieramy mikserem z miodem, cukrem i jajkiem, następnie dodajemy pokrojone banany i dokładnie miksujemy z masą. Suche składniki łączymy ze sobą w oddzielnej misce i dosypujemy do bananowej masy, mieszając dokładnie aż do połączenia się wszystkich składników. Wylewamy ciasto do wcześniej przygotowanej formy i pieczemy przez 1 godzinę w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni celsjusza. Przed krojeniem keks musi wystygnąć.  



   

wtorek, 15 marca 2011

Kakaowe placuszki



Takie mam wrażenie, że chyba wiosna się zbliża. Storczyki na parapecie zakwitły. I grudnik. Na wiosnę zakwitł po raz drugi. To może ciągle zimę czuje?

Mam problem.  Z nazewnictwem. Niby co to są racuchy, a co bliny? Co dom, inaczej się je przygotowuje i przez to inaczej nazywa. Z drożdżami albo z proszkiem do pieczenia. Może kiedyś ten problem z nazwami rozwikłam.

Krakowskim targiem, pogodziłam racuchy z blinami i na śniadanie, zanim Luby zwlókł się z łóżka,  upiekłam placuszki z dodatkiem kakao. Wykorzystałam te składniki, które akurat miałam w domu, nie chciało mi się iść do sklepu. I z powodu lenistwa brakowało nam mleka do kawy, pierwsza kawa rano bez mleka jest jakaś taka niepełna.

Nabyłam ostatnio miarkę z podziałką mililitrową z jednej strony, i z podziałką gramową z drugiej. Testuję i jak na razie jestem zadowolona. Do tej pory suche i płynne składniki odmierzałam szklankami, teraz korzystam z omiarkowanego plastikowego kubełka.

Ciasto na placuszki przed dodaniem białek jest dosyć zwarte, po wymieszaniu z białkami przyjmuje sufletowatą konsystencję.
Placuszki z podaną ilością cukru nie są specjalnie słodkie, można je podawać z dżemem, powidłami (np. śliwkowymi własnej roboty) lub po prostu posypane cukrem pudrem.



***

Kakaowe placuszki


4 jajka, z oddzielonymi żółtkami i białkami
380- 400 g jogurtu  naturalnego (po prostu cały duży jogurt)
1- 2 łyżki cukru trzcinowego muscovado

200 g mąki pszennej pełnoziarnistej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki kakao

kapka oliwy lub oleju do smażenia



Białka ubijamy na sztywno, odstawiamy i w osobnej misce miksujemy żółtka, cukier muscovado i jogurt. Dosypujemy do zmiksowanej masy suche składniki i dokładnie mieszamy łyżką. Na koniec dodajemy ubite białka i delikatnie mieszamy całość. Rozgrzewamy patelnię z tłuszczem i smażymy z obu stron niewielkie placuszki. 


piątek, 4 marca 2011

Portugalskie bułeczki



W końcu znalazłam wspólny język z suszonymi drożdżami (do tej pory dogadywałam się tylko  z tymi świeżymi) i myślę, że się polubiliśmy. Na tyle, że mają już swoje miejsce w naszej lodówce. A to za sprawą portugalskich wypieków, zaczerpniętych z nowego, lawendowego magazynu internetowego.

Ciasto jest proste do przygotowania, nie wymaga długiego, skomplikowanego pichcenia. Pieczemy wszystkie bułeczki od razu  albo dzielimy ciasto na pół i tą drugą część wkładamy do lodówki do późniejszego upieczenia. Moje ciasto tym razem zagniotłam wieczorem, po wyrośnięciu zawinęłam w folię i przenocowałam w lodówce. Rano wyciągamy ciasto i odstawiamy na chwilę, po czym ponownie zagniatamy, dzielimy na części, formujemy wałeczki- tak jak w przepisie.  Bułeczki urzekają miękkością i smakiem z cytrynową nutką. Zamiast cytryny można dodać pociętych migdałów (zagotować je z mlekiem) i szczyptę szafranu. Albo dorzucić do ciasta garść żurawin. Albo- dodatki można mnożyć i mnożyć. W końcu, ilu kucharzy, tyle smaków i pomysłów.

Wszystkie drożdżówy z piekarni niech się schowają!



***


Portugalskie bułeczki


1 i 1/ 3 szklanki mleka
35 g masła
2 duże żółtka

1/ 3 szklanki cukru
3 i 1/ 2 szklanki mąki pszennej
paczka cukru waniliowego
łyżeczka soli
2 i 1/ 2 łyżeczki drożdży instant
otarta skórka z 1/ 2 cytryny lub sok z 1/ 2 cytryny

mąka do podsypania
białko, roztrzepane ze szczyptą soli, do posmarowania bułeczek






Rozpuszczamy, podgrzewając, masło w mleku. Do letniego mleka dodajemy żółtka i roztrzepujemy je. W misce umieszczamy suche składniki, do których wlewamy mleko z rozpuszczonym masłem i żółtkami. Zagniatamy gładkie  i miękkie ciasto, jeśli jest za lepkie, dosypujemy mąkę. Zostawiamy ciasto w przykrytej misce do wyrośnięcia na około godzinę.
Po wyrośnięciu dzielimy ciasto na 16 części i formujemy z nich wałeczki. Układamy je na blasze, wyłożonej papierem do pieczenia i odstawiamy pod przykryciem do ponownego wyrośnięcia na około 45 minut. Po tym czasie nacinamy wierzch bułeczek i smarujemy je roztrzepanym białkiem. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni celsjusza przez 25, maksymalnie 35 minut.


środa, 2 marca 2011

Cytrynowa tarta



Podobno tarta cytrynowa jest bardzo popularna we Francji (muszę zapytać Pańci i paczki, czy na takową się natknęli w Paryżu). Moja będzie nie dość, że cytrynowa to na dodatek z bezą na wierzchu.

Cytryny do tej pory używałam do herbaty, niektórych zup, z braku limonki do kurczaka, jako dodatek do ciast, jednak niczego stricte cytrynowego nie pichciłam jeszcze (kuszą mnie marynowane cytryny). A, nie, robiliśmy limoncello. Na tym jednym razie poprzestaliśmy, ta nalewka (lub likier, jak kto woli) pozostanie specjalnością Pańci.

Kontynuując temat cytrynowej tarty: z francuska, LA TARTE AU CITRON, nawet nie próbuję tego wymówić. W sieci, jak się okazało, krąży mnóstwo przepisów, to ciacho wydaje się być popisowym i hańba tym, którzy jeszcze takowego nie upiekli. Nie ma wyjścia, piekę.
No to sobie pożartowałam. Tak to jakoś u nas dziwnie się dzieje, że jeden przepis, który okazał się strzałem w dziesiątkę, pociąga za sobą kolejny tego typu. Więc obecnie mamy dni z tartami. Dzisiejsza będzie trzecią (pierwsza była wiśniowa, muszę nadzienie jeszcze dopracować), o smaku cytryny i z bezą na szczycie.
Do pieczenia, start!

***

Z tą tartą jest trochę więcej pracy ze względu na dwie warstwy nadzienia: cytrynowy krem oraz bezowy wierzch. Z cytrynową masą zmiksowałam kisiel, jakoś nie dowierzam mniej lub bardziej płynnym kremom wewnątrz ciast.
Ważne, żeby podczas hartowania masłem jajek, podgrzewania masy jajeczno- cytrynowej oraz wlewania ciepłego syropu do białek nie przestawać miksowania i mieszania.
Ponieważ nie lubię marnować niepotrzebnie składników podczas gotowania, wykorzystałam pozostałe żółtka i białka, dodając je do masy cytrynowej i bezowej.

Efekt? Kruche, twardawe ciasto. Miękka, cytrynowa masa. Wyczuwalnie słonawe, miękkie bezowe wykończenie. Taka jest cytrynowa tarta. 
      


***



Cytrynowa tarta



(w sumie 7 jajek, kostka masła, 2/ 3 szklanki cukru i 4 cytryny)


kruchy spód:
1 szklanka mąki pszennej pełnoziarnistej
2 łyżki cukru pudru
1/ 2 kostki masła (czyli 100 g)
1 żółtko 
sok z połowy cytryny
szczypta soli



okrągła forma do pieczenia ciasta, wysmarowana masłem
i wysypana kaszą manną


masa cytrynowa:
sok z 3 i 1/ 2 cytryny
100 g masła
4 jajka i 2 żółtka
1/ 3 szklanki cukru
1 opakowanie kisielu cytrynowego 
 


masa bezowa:
3 białka
szczypta soli
1/ 3 szklanki cukru
3 łyżki zimnej wody



Zagniatamy składniki kruchego spodu tak długo, aż w ręku będziemy mieli plastyczną, ciastowatą masę. Formujemy kulę, owijamy ją folią i wkładamy na minimum 30 minut do lodówki. Podczas schładzania ciasta przygotowujemy okrągłą formę do pieczenia. Po wyjęciu z lodówki wylepiamy ciastem formę i nakłuwamy spód widelcem. Następnie wykładamy na wierzch pergamin, obciążony np. ryżem i pieczemy przez 15 minut w 200 stopniach celsjusza. Po tym czasie zmniejszamy temperaturę piekarnika do 160 stopni celsjusza, zdejmujemy pergamin i zapiekamy spód przez kolejne 10 minut. 
W trakcie pieczenia kruchego spodu rozpuszczamy masło w soku wyciśniętym z cytryn  (podgrzewając w garnku) oraz, w osobnej misce, miksujemy jajka  i żółtka z cukrem i kisielem na gładką masę. Połowę gorącego, rozpuszczonego masła z sokiem cytrynowym wlewamy powoli do miski z jajeczną masą, cały czas miksując. Po zahartowaniu masy jajecznej przelewamy całość do pozostałej w garnku połowy cytrynowego masła i podgrzewamy na małym ogniu, mieszając, do uzyskania budyniowatej, gęstej konsystencji. Zestawiamy garnek z cytrynowo- jajeczną masą z ognia i przykrywamy folią (żeby nie powstał kożuch).
W kolejnej misce ubijamy białka ze szczyptą soli. W rondelku, podgrzewając, rozpuszczamy drugą część cukru z wodą, po czym ciepły syrop wlewamy powoli do ubitych białek, nie przestając miksować. 
Na podpieczony, kruchy spód tarty wylewamy kremową, cytrynowo- jajeczną masę a na niej, równomiernie, rozkładamy białka, ubite ze słodkim syropem.
Tak przygotowaną tartę pieczemy w 160 stopniach celsjusza przez 30- 35 minut. Po wyjęciu z piekarnika i przestygnięciu wstawiamy ciacho do lodówki na około godzinę.




wtorek, 1 marca 2011

Melonowa tarta



Moje doświadczenia z tartami są trochę, jakby to określić, zakurzone. Wieki temu udało mi się kilka razy upiec tartę na słodko (z jabłkami bodajże), ale jakoś specjalnie nie zachwyciłam się tym ciastem (spód wychodził mi za gruby, pewnie przygotowywałam za dużo ciasta do za małej na tą ilość formy). Na tych kilku razach się skończyło, temat tarty na bardzo długi czas ucichł.

Pewnie nie jestem jedyną osobą, dla której jedzenie, wywodzące się z obcego regionu czy państwa, ma szczególny urok. Dla mnie przykładowo Francja kojarzy się właśnie z tartami, zarówno przyrządzanymi na słodko, jaki i z wytrawnym nadzieniem.

Jakiś czas temu jedliśmy tarty we Francuskim Łączniku i od tamtej pory to ciacho nie daje mi spokoju. Dzisiaj, żeby już mieć spokój, wypróbowuję tartę z dodatkiem melona. Zamiast sera śmietankowego można dodać śmietankę kremową (30 %), z tym, że dla mnie wtedy nadzienie jest za luźne. Kisiel można zastąpić skrobią ziemniaczaną, ale ja wolę ten dodatkowy posmak cytryny, który do melona moim zdaniem bardzo pasuje. Ponieważ podczas pieczenia ser się dosyć mocno "poci", spód tarty może być lekko wilgotnawy po upieczeniu. Zanim wyciągniemy ciasto z piekarnika, koniecznie musimy sprawdzić, czy środek nadzienia tarty jest już upieczony. Jeśli po 45 minutach nadal będzie płynny, wydłużamy czas pieczenia. 
Jeśli chcemy mieć jeszcze mniej zabawy z tartą, można piec wszystko naraz, bez osobnego podpiekania spodu ciasta. W efekcie otrzymamy trochę wilgotnawy spód, niezbyt kruchy, ale taka tarta też ma swój niepowtarzalny smak. Wszystko zależy od gustu. 

Podpinam ten przepis do akcji kulinarnej Warzywa w słodyczach, mówcie, co chcecie ale dla mnie melon jest warzywem.



***


Melonowa tarta


kruchy spód:
1 szklanka mąki pszennej
2 łyżki cukru pudru
1/ 2 kostki masła (czyli 100 g)
1 żółtko
sok z połowy cytryny

tortownica, wysmarowana masłem i wysypana kaszą manną

serowo- jajeczna masa:
5 jajek
1/ 2 szklanki cukru
1 paczka kisielu cytrynowego
sok z drugiej połówki cytryny
250 g sera śmietankowego (takiego na sernik)

1 melon, obrany ze skórki, wydrążony  i pokrojony w plasterki





Ze składników na kruchy spód tarty zagniatamy w misce ciasto, takie jak na kruszonkę. W momencie, kiedy ciasto będzie już zwarte i zacznie przyklejać się do miski, formujemy kulę, wkładamy ją do folii i chłodzimy w lodówce min. 30 minut. W tym czasie zajmujemy się melonem oraz miksujemy składniki serowo- jajecznej masy: najpierw cukier,  sypki kisiel, sok z cytryny i jaja, na końcu dodajemy ser. Po schłodzeniu ciasta w lodówce dosłownie wylepiamy nim przygotowaną wcześniej tortownicę, dziabiemy ciasto widelcem i przykrywamy od góry papierem do pieczenia; papier obciążamy fasolą lub grochem- ja użyłam ryżu. Spód tarty pieczemy przez 15 minut w 200 stopniach celsjusza. Po tym czasie wyciągamy formę z piekarnika, wylewamy masę na zapieczony spód, na wierzch wykładamy plasterki melona i całość pieczemy 40- 45 minut w temperaturze zmniejszonej do 180 stopni celsjusza (sprawdzamy środek tarty patyczkiem, czy masa już się upiekła) . Przestygniętą tartę wkładamy do lodówki, żeby dodatkowo się schłodziła.        




poniedziałek, 21 lutego 2011

Brownies z pomarańczą- Czekoladowy Weekend




To moje pierwsze upieczone brownies i muszę przyznać, że nie powaliło mnie jako ciasto na kolana. Jedynym plusem był posmak pomarańczy oraz sól, przyjemnie kontrastująca smakiem z czekoladą. Może jeszcze kiedyś skuszę się i ponownie upiekę to ciasto. A może nie.

W oryginalnym przepisie pomarańcza nie była dodawana do ciasta i zamiast migdałów były orzechy. 

Brownies przygotowałam w ramach durszlakowej akcji "Czekoladowy Weekend"- pozdrowienia dla czekoladowych maniaków.



***


Brownies z pomarańczą



100 g miękkiego masła
250 g cukru trzcinowego (nierafinowany, ciemny) 
4 jajka

2 tabliczki gorzkiej czekolady (masa kakaowa 90%, po 100 g)

1 pokrojona pomarańcza
utarta skórka z połowy pomarańczy
1/ 2 łyżeczki masła

1/ 3 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej
1/ 3 szklanki kakao
50 g migdałów

sól morska gruboziarnista
utarta skórka z drugiej połowy pomarańczy





Masło miksujemy z cukrem, dodajemy jajka i ucieramy na gładką masę. Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej i lekko przestygniętą wlewamy do utartej, jajeczno- maślanej masy. W rondelku po czekoladzie zesmażamy kawałki pomarańczy i utartą skórkę z 1/ 2 łyżeczki masła i dodajemy do masy. Dokładnie mieszamy, na koniec wsypujemy kakao, mąkę i migdały i ponownie miksujemy. Gotową masę wylewamy do formy wyłożonej pergaminem. Pieczemy 30 minut w 180 stopniach celsjusza. Sól morską ucieramy ze skórką pomarańczową i tak przygotowaną mieszanką posypujemy ostudzony wierzch ciasta.